Autobiografia

Fot. Archiwum prywatne
Poproszono mnie o napisanie ....nie wiem właściwie czego. Napisałam jak umiałam. Nigdy mnie nikt o nic podobnego nie prosił. Dzielę się. Autobiografia? Coś w tym rodzaju.

Urodziłam się. Wychowywałam do 7 roku życia u dziadków, co znacząco mnie ukształtowało. Byłam najważniejszą osobą w domu, wszyscy się mną zajmowali, mieli dla mnie czas. Czytali książki, rozmawiali ze mną, opowiadali bajki, historie, śpiewali mi na dobranoc i podsycali moje artystyczne zapędy.

Do szkoły podstawowej poszłam już w Warszawie - Ursusie. I przestałam być najważniejsza, miałam młodszą siostrę i klucz na szyi. Rodzice pracowali, ojciec na dwóch posadach i studiowali jednocześnie. Oboje byli bardzo ładni. Przez jakiś czas mama nie miała jednego zęba. Krótko, mimo to była śliczna.

Największe wrażenie po przyjeździe do Warszawy zrobił na mnie telewizor. Pamiętam, kiedy weszłam do naszego mieszkania było przemówienie Władysława Gomułki. Nie mogłam oderwać oczu.

Zaczełam uczyć się gry na fotepianie, francuskiego i hiszpańskiego. Rodzice chcieli mnie z siostrą czymś zająć, żeby nam głupoty nie przychodziły do głowy.Wielkim odkryciem była biblioteka publiczna w sąsiedztwie. Zaczęłyśmy z siostrą czytać notorycznie, także nocą z latarkami pod kołdrą. Książkę dziennie. Zaczęłam na A, jak leciało, nikt mi nie doradzał co czytać.

Zakochałam się pierwszy raz na koloniach, jak wróciłam, myślałam że umrę.

Żeby zaimponować koleżankom udawałam, że uczę się śpiewu solowego i śpiewałam im operowe arie sopranowe. A potem z tego samego powodu założyłam nogę na szyję i musiano wezwać pogotowie. A z drugiej strony pogotowie? Do nogi? O co tam wtedy chodziło? Może o zastrzyk rozluźniający?

Razem ze szkołą podstawową zaczęłam chodzić, a raczej jeździć pociągiem do szkoły muzycznej. Pamiętam odmrożone ręce i kolana od czekania na pociągi, zajęcia z chóru, lekcje fortepianu i koszmar dyktanda muzycznego. Także zdziwienie, że przystawiają się do mnie dużo starsi uczniowie szkoły, tacy całkiem dorośli. Uważałam, że są zboczeni i miałam rację, jak się potem okazało.

Zaczęłam uczęszczać do studium baletowego przy Operetce Warszawskiej. Dwa lata nieprawdopodobnych wyczynów gimnastycznych i ruchowych, i historia tańca na dokładkę.
Zdałam niespodziewanie dla samej siebie do warszawskiego Liceum Plastycznego w Łazienkach, chyba najbardziej elitarnej wtedy szkoły i tam zrozumiałam, co to wolność, awangarda, oryginalność, osobowość, przesada, także sztuka, w pewnym sensie. Byłam bardzo młoda. Szkoła była totalnie apolityczna, a w gruncie rzeczy antysocjalistyczna. Nigdy nie było tam żadnych akademii ku czci i pielęgnowano wolnoduchostwo. Kiedyś nauczyciel chemii zwolnił mnie ze swoich zajęć, bo powiedziałam mu, że muszę iść do kina na "Szalonego Piotrusia", że to ostatni seans w Warszawie.

Rano jechałam do szkoły najpierw pociągiem, potem autobusem, później schodziłam w dół Agrykolą do bramy przy Myśliwieckiej. Na górze na skarpie stali rzędem co rano ekshibicjoniści. Oni krzyczeli, ja uważałam, żeby nie spojrzeć. Biedni. Teraz mi ich żal. Co rano zgarniała ich Milicja.

Koledzy malowali abstrakcyjnie z łatwością, o moich obrazach, rzeźbach, kompozycjach nauczyciele mówili, że są "zbyt teatralne".

Nastał 68 rok, zamieszki w Warszawie. Wyrywaliśmy się tam. Zamykali nas w szkole, odbierać nas musieli rodzice. Zaczęłam rozumieć gdzie żyję. Przeczytałam pierwszego Gombrowicza, Sołżenicyna, Herlinga - Grudzińskiego wydanych w Kulturze Paryskiej.

"Twórczość", szeroko pojęta twórczość, mnie pochłonęła. Płonęłam w ogniu "tworzenia". Malarstwo, rzeźba, pisałam, komponowałam, tańczyłam, przystąpiłam na moment do hipisów.
Zakochałam się dwa razy pod rząd, drugi raz, wydawało się, bardzo poważnie.

Niespodziewanie dla siebie i zrządzeniem przypadku zdawałam zamiast do Akademii Sztuk Pięknych do Wyższej Szkoły Teatralnej, dostałam się i nie bardzo rozumiałam, co to znaczy. Wiódł mnie jakiś instynkt, przeczucie. Po miesiącu wiedziałam, że to moje miejsce. Rozstałam się z narzeczonym, bo mi ta miłość przeszkadzała w nowo poznanej namiętności - aktorstwie, teatrze.

Po pierwszym roku dostałam indywidualny tok studiów, umierający wtedy prof.Jan Kreczmar, mój wykładowca, taką decyzję przysłał już ze szpitala. Zdziwiłam się. Jednocześnie praktycznie nie miało żadnych konsekwencji.

Studia teatralne przeszłam jak we śnie. Upojnym. Wielu wykładowców robiło na mnie piorunujące wrażenie. Zajęcia z Tadeuszem Łomnickim. Piosenka z Bardinim i jego "brutalne" prawdy. Prof. Janina Romanówna i Jej wszechograniająca, dominująca kobiecość i wdzięk. Obserwowanie Jej zostawiło przeczucie, czym może być kobieta, jakim wspaniałym i ulotnym "zjawiskiem". Zachwycającym, niekonsekwentnym i kapryśnym. W socjalizmie już nie było takich kobiet. Znałam same zaradne, wytrzymałe i dzielne.

Zakochałam się w Andrzeju Sewerynie, był wykładowcą.

Pod koniec trzeciego roku zaszłam w ciążę, bo uznałam, że czwarty rok w Szkole Teatralnej jest niepotrzebny, a przede wszystkim, żeby uniknąć wyjazdu do Lenigradu wtedy, dziś na nowo Petersburga, gdzie mnie zaproszono, żebym tam skończyła studia. Miało to być wyróżnienie, mnie się to wydawało zesłaniem, do dziś tak uważam.

Latem, po 3. roku studiów, wyszłam za mąż za Andrzeja Seweryna i wyprowadziłam się od rodziców. Zamieszkałam na Palcu Zbawiciela i zadebiutowałam w 5 miesiącu ciąży w spektaklu "Trzy siostry" Czechowa w reżyserii mojego ukochanego profesora Aleksandra Bardiniego. Notabene, profesor był moim mentorem, od zawsze i na zawsze. Uważał poza tym, co nie bardzo rozumiałam, że będą ze mnie ludzie, ale że głównie nadaję się na kochankę, a nie na żonę, i dziwił się mojej ciąży i mojemu małżeństwu. Dlatego dostałam rolę Maszy.

W dniu emisji tego spektaklu zadzwonili do mnie wszyscy chyba ówcześni dyrektorzy warszawskich teatrów z propozycją angażu, ale ja byłam w ciąży, zginął mi właśnie kot, płakałam i nie rozumiałam co się dzieje. W rezultacie weszłam do zespołu Teatru Ateneum, gdzie też pracował mój ówczesny mąż. Nie było to najlepsze posunięcie, lubił mnie i cenił dyrektor Warmiński, ale nie lubiła jego żona i pierwsza aktorka teatru, Aleksandra Śląska. Prawie nie "skosztowałam" dużego repertuaru, wyciągnął mnie stamtąd po 11 latach dyrektor Zygmunt Hubner do Teatru Powszechnego, dając mi jako pierwszą rolę do zagrania Medeę, za którą dostałam wiele nagród w świecie teatru. Mimo wszystko z publicznością byłam zawsze szczęśliwa i w jednym i drugim teatrze.

Spotkałam się z Markiem Grechutą, zaśpiewałam Jego piosenkę "Guma do żucia" na festiwalu w Opolu i tak poznała mnie cała Polska, bo telewizja powtarzała to śpiewanie co 15 minut, miesiącami.

Przez te pierwsze lata grałam jednak głównie w filmie, plan filmowy był moim domem. Zrobiłam 4 filmy z Andrzejem Wają i one ustaliły moją pozycję w świecie filmu, także za granicą. Razem z rolami zagranymi u Wajdy, weszłam do encyklopedii filmowych jako aktorka - fetysz Andrzeja Wajdy, a Jean- Luc Godard napisał o mnie duży esej, o mojej roli w "Człowieku z marmuru" w Cahiers du Cinema. O moich krytycznych oczach i wolności osobistej, o ile pamiętam. Zaczęły przychodzić propozycje ról z zagranicy. W między czasie grałam też we Włoszech w teatrze. W rezultacie zrobiłam w sumie 10 ról filmowych za granicą, a za rolę w Filmie "Laputa" w reż. Helmy Sanders-Brams zdobyłam kilka nagród.

W Polsce też robiłam film za filmem, czasem cztery filmy rocznie i stałam się główną aktorką tzw. Kina Moralnego Niepokoju. Film "Przesłuchanie" był 10 lat na półkach, ale oglądali go ludzie, jakieś tajne kopie w podziemiach kościołów i jako instruktażowe do nienawiści, dla funkcjonariuszy UB. Po zmianie ustroju za rolę w filmie "Przesłuchanie" dostałam na festiwalu w Cannes Złotą Palmę. Ale wcześniej i później było wiele nagród, za role zagrane w polskich filmach, między innymi Srebrna Muszla w San Sebastian za najlepszą rolę damską, rolę schizofreniczki w filmie "Zwolnieni z życia" Waldemara Krzystka.

W międzyczasie rozstałam się podczas kręcenia filmu "Dyrygent" z moim mężem Andrzejem Sewerynem i związałam nieformalnie z Edwardem Kłosińskim, wybitnym operatorem filmowym, z którym wzięłam ślub kilka lat później. Nasz związek trwał prawie 30 lat i mogę powiedzieć dziś, że był to mężczyzna mojego życia.

Stan wojenny spędziłam we Francji i w Niemczech robiąc kolejno dwa filmy. Po powrocie pracowałam dalej między innymi nad serialem o Helenie Modrzejewskiej. Po czym zmieniło się i przewartościowało moje życie, po wieloletnich staraniach urodziłam dwóch synów w półtorarocznym odstępie czasu i na trzy lata praktycznie odeszłam z zawodu, zajęłam się dziećmi i ich wychowywaniem. Wszystkie propozycje po Złotej Palmie przepadły. Nie żałowałam.

Podczas ciąży zaczęłam pisać felietony i piszę je nieprzerwanie od ponad dwudziestu lat. Złożyły się one kolejno na kilka książek, do dziś wznawianych.

Zadebiutowałam w końcu jako reżyser teatralny, filmowy, telewizyjny, na koniec operowy i dziś reżyseruję prawie nieustannie, mam na koncie około 26 reżyserii teatralnych, 12 wyreżyserowanych spektakli dla Teatru TV, jeden film fabularny i jedną operę. Ale przede wszystkim jestem aktorką. Zagrałam w sumie 177 ról.

W roku 2000 zbudowałam stronę internetową i nieprzerwanie piszę tam dziennik i odpowiadam na listy internautów. Ta strona to także najpełniejsze archiwum mojej działalności.

W roku 2004 założyliśmy z mężem Edwardem Kłosińskim i córką Marią Seweryn fundację o nazwie Fundacja Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury, a w roku 2005 otworzyliśmy pierwszy teatr fundacji, Teatr Polonia, po czym w roku 2010 drugi teatr, Och-Teatr. Teatry zdobyły szybko swoje miejsce i znaczenie i dziś grają nieprzerwanie na czterech scenach posiadających w sumie 800 miejsc, ponad 880 spektakli rocznie. Co jest rekordem w Polsce. Latem gramy także na ulicy w tym celu skomponowany repertuar. Gramy na Placu Konstytucji i przed Och-Teatrem na ulicy Grójeckiej. Na te spektakle przychodzą tłumy ludzi, a cały projekt powstał po moich doświadczeniach grania na wolnym powietrzu we Włoszech.

Jestem szczęśliwą posiadaczką wielu nagród, odznaczeń i medali i bardzo je sobie cenię, szczególnie tytuły przyznane przez publiczność, Najwybitniejszej Aktorki XX wieku i Człowieka 25-lecia Wolności RP. Dostałam także Medal Karola Wielkiego za wkład w zjednoczenie Europy w kategorii Media.

W roku 2008 umarł mój mąż Edward Kłosiński i rok po Jego śmierci udało mi się nakręcić z Andrzejem Wajdą film "Tatarak", w pewnym sensie zachowujący pamięć o moim mężu na zawsze. To, tę rolę, ten film uważam za swoje największe osiągnięcie, zawodowe także.
Mam 62 lata. Jestem prezesem mojej fundacji, czynnym reżyserem i aktorką. W tej chwili mam 8 ról w repertuarze teatralnym i planuję w najbliższym sezonie dwie nowe role. Reżyseruję 2, 3 rzeczy w roku, w tym sezonie "Damy i huzary" dla Teatru TV jesienią i dwa spektakle teatralne do końca sezonu.

Mieszkam w Milanówku z mamą, moje dorosłe już dzieci żyją swoim życiem. W naszym domu znalazło przytulenie 5 psów, które trafiły do nas w różny sposób, zwykle po nieszczęśliwych wydarzeniach i jeden kot, ofiarowany nam 18 lat temu przez państwa Bryllów.

Uważam, że moje życie jest udane i szczęśliwe. Lubię je. Nie mam do nikogo żalu ani pretensji. Lubię się dzielić z innymi. Nie mam poczucia, że w stosunku do kogoś mam zobowiązania lub długi wdzięczności. Mam ich tysiące, codziennych. Gdyby ktoś uważał inaczej, proszę, żeby się zgłosił.

Staram się nie mówić o nikim źle, nie oceniać pochopnie, ale mam duży temperament i jasne sądy. Nie chciałabym nikogo urazić, dotknąć niesprawiedliwie, choć uważam, że wielu się to niestety należy. Ale mam za mało charakteru i nie znoszę konfliktów.

Lubię ludzi, życie, ale bez sztuki go sobie nie wyobrażam. Uważam, że dzięki niej moje życie jest tak ciekawe, nie na marne, mam wrażenie, że w tym co robię jest cień posłannictwa i to ma dla mnie wielkie znaczenie.

Co 10 lat mojego życia Grzegorz Skurski, dokumentalista, kręcił o mnie film dokumentalny pt. „Aktorka”. Istnieją takie trzy filmy, ostatni z roku 2004.
Trwa ładowanie komentarzy...